Nad nadwiślańskim Grodem unosiła się mgiełka blichtru i tajemniczości. Leniwym krokiem wyszedłem z bramy i skierowałem się na przystanek. Z tramwaju wysiadł kolega w towarzystwie jakiejś dziewczyny, którą przedstawił jako swoją współlokatorkę. Szli właśnie do Cafe Philo na wernisaż. Oświadczyłem im, że tak naprawdę wcale nie chce mi się wracać do domu i poszedłem z nimi. Zadymione i gwarne wnętrze kawiarni kontrastowało z orzeźwiającym i z lekka mroźnym powietrzem listopadowych uliczek Starego Miasta. Usiedliśmy.

Oprócz nas było tu wielu artystów, rozmyślaczy i dziwaków, obdarzonych talentami niemającymi zastosowania na współczesnym rynku pracy, wynajmujących mieszkania lub kawalerki po kilka osób, szukających dorywczych zajęć, sępiących papierosy – na wpół bezrobotni geniusze.

Mimo tego, że tacy z nas byli ciekawi ludzie, nie dogadaliśmy się jakoś. Kolega wypełniał swoją część audialnej przestrzeni powitaniami i krótkimi rozmówkami ze znajomymi, którzy co chwila na niego wpadali, jego koleżanka była bardzo zestresowana faktem, że zapytałem ją czym się zajmuje, ja zaś próbowałem zadawać neutralne pytania i być dowcipnym. Najchętniej pogrążyłbym się w myślach, czekając aż jakiś ciekawy temat się pojawi na horyzoncie. Zapytano by mnie jednak szybko dlaczego się nie odzywam. Każde słowa, prócz zdawkowych żarcików, były nie na miejscu. Wziąłem więc płaszcz i oświadczyłem towarzystwu, że naszło mnie na romantyczny spacer po krakowskich uliczkach.
– Ee, co ty robisz? – zapytał kolega, marszcząc brwi.
– Idę – odparłem z promiennym uśmiechem.
– Weź się nie wygłupiaj. Mam się obrazić, czy co?
– Chodźcie ze mną – odparłem.
– Nie, no, przyszliśmy na wernisaż.
– No to do następnego, trzymajcie się.
Towarzyszka kolegi popatrzyła na mnie żywiej. Może dlatego, że dałem się poznać jako ktoś, kto mimo towarzyskich okowów potrafi wyjść, kiedy ma na to ochotę, nie urażając innych. A może dlatego, że to obecność mojej obcej osoby była powodem jej dotychczasowego milczenia.

Tymczasem to wcale nie ja wyszedłem z knajpy. Nie zrobiłbym tego, nie potrafiłbym. Taki był bieg wszechświata, a moje miejsce było na zewnątrz, na ulicy św. Krzyża, potem na Plantach, na ławce przy przystanku obok dziewczyny czytającej z wielkim zainteresowaniem jakąś książkę, w pierwszym wagonie tramwaju nr 2, pośród płochliwych cieni na Salwatorze, w ciemnościach ulicy Królowej Jadwigi i w naszym cichym mieszkanku, które dziś – opuszczone przez Karolinkę – jakby przygasło.

„Oddychanie razem z wszechświatem”, jak to ujął mistrz Kaisen, przenosi się powoli, coraz większymi falami poza zazen, do tak zwanej codzienności. Jest jak chodzenie po wodzie. Kiedy idę, z pełną miłości do wszystkiego ufnością, kiedy idę, nie myśląc o tym iściu, nie dochodząc, nie kierując się, po prostu – idąc, wtedy nie tonę. Kiedy myślę, pojawia się obawa, a potem lęk. I – co brzmi jeszcze dziwniej – kiedy myślę, nie wiem. Kiedy nie myślę – wiem, widzę to, co zasłaniają mi myśli.

Nie potrafię i nie potrzebuję tłumaczyć sobie lub komuś tego racjonalnie. Kto to wie, ten wie. Kto chce iść ścieżką, której to wszystko towarzyszy, ten idzie. To pewnie dlatego niektórzy nauczyciele, jak np. Budda, polecali swym uczniom głosić swoją naukę tylko tym, którzy szczerze i z otwartym sercem chcą ją poznać. Innym i tak nic to nie da. Będą domagali się coraz to nowych argumentów racjonalnych, które nie zaprowadzą ich donikąd, a sprawią tylko, że uznają nauki za bezwartościowe.

Idę obejrzeć sobie Blues Brothers.

A propos powyższego…