Kraków jest zupełnie inny niż jeszcze pół roku temu. Wtedy mieszkałem na brudnym, szarym i śmierdzącym osiedlu na Azorach w ciemnej klitce. Na zajęcia jeździłem zatłoczonym autobusem, przez okno – z powodu mojego wzrostu – widząc jedynie asfalt, chodnik i podstawy budynków. Wysiadałem przy Kampusie UJ, tworze przypominającym swoim wyglądem i dziwnym napięciem wewnątrz panującym instytut badań nad UFO.

Teraz jeżdżę rowerkiem wzdłuż Wisły z Salwatoru – najpiękniejszej moim zdaniem dzielnicy, lądując na Franciszkańskiej, na Grodzkiej, w najgorszym razie w Kolegium Patafianum, gdzie mam zajęcia, ewentualnie na Kazimierzu, gdzie mieści się ośrodek zen soto.

Dzielę swój czas pomiędzy przyjemności niższe, jak np. gry komputerowe i surfowanie po sieci, a wyższe jak pisanie i nauka. Praktyka zen działa na mnie natychmiastowo, kiedy tylko ją odstawiam, powoli zaczyna się bałagan, kiedy siedzę regularnie dzień w dzień, przez pozostałe 23-23,5 godziny pozostaję wyczulony na wszystko, co się we mnie dzieje i choćby chwilowa utrata kontroli nad sobą w kontaktach z innymi nie wchodzi w rachubę.

Jeszcze nigdy – mówię to z pełną odpowiedzialnością i po długim zastanowieniu – nigdy nie czułem się bardziej na swoim miejscu.

A propos powyższego…