Śmiercionośna strona pięknej, karmazynowo-złotej jesieni daje się mi już we znaki. Więdną uczucia, ciepło już nie jest takie ciepłe, a uśmiech wesoły. Czasem więcej zdaje się znaczyć drobna przykrość lub po prostu niewygody wspólnego życia w małej kawalerce niż bycie razem i to wszystko, co budujemy z Karolinką już cztery lata.

Ale z drugiej strony – gdy pisałem te słowa, owe cztery lata stanęły mi nagle przed oczyma i jesień znów zrobiła się ciepła dzięki tej drobnej istotce, która siedzi przy stoliku i pisze coś po francusku wśród papierów. Znów jest tak jak zawsze.

*

Stwierdziliśmy z Karolinką, że chociaż potrzeba utożsamienia się z jakąś grupą jest podstawowa dla większości ludzi, my mamy zupełnie odwrotnie. Jeśli wchodzimy w jakąś grupę zbyt głęboko, to pomimo, że bardzo lubimy ludzi stanowiących jej skład i się czujemy wśród nich świetnie, coś nas odpycha i szybko uciekamy. Ja się nie identyfikuję nawet z buddystami ze Starowiślnej. Jestem trochę z boku. Nie chcę być uczniem ich mistrza (wątpię w to czy zmienię zdanie po osobistym poznaniu go jutro i pojutrze). Dobrze mi się z nimi medytuje, ot co. I chciałbym im pomóc.

A propos powyższego…