Spotkaliśmy dziś Mistrza Kaisena, o którym wiedzieliśmy do tej pory tyle, że miał wspaniałych uczniów, że napisał kilka dziwnych książek, że są jakieś problemy z jego przekazem Dharmy, że wygląda mało charyzmatycznie (na zdjęciach przynajmniej) i że pali papierosy, choć nie powinno mu wypadać.

Tymczasem okazało się, że wygląda bardzo sympatycznie, a przy tym dostojnie, charyzma od niego bije i że ma w sobie to Coś, co z niektórych ludzi aż promieniuje (zetknąłem się z kilkoma takimi jedynie). Mówił bardzo naturalnie, precyzyjnie i niezbicie o zazen, o zen, o miłości…

Mówił w jaki sposób wytwarzamy sobie wirtualne „ja”, dzięki któremu łatwiej nam rozumieć świat, jak do niego przylegamy, jak powstaje przez to moja prawda i prawda innych, moje szczęście i szczęście innych, moje dobro i dobro innych. Zaczynamy poświęcać dobro innych dla dobra własnego, walczymy o własną prawdę z prawdą innych. Nasze „ja” staje się oddzielone, specjalnie lub niechcący czyni krzywdę innym lub samemu sobie, myśli, że nikt go nie lubi, staje się coraz bardziej samotne.

Mówił o tym, że miłość nie daje się pogodzić z tą oddzielnością i że „nie ma miłości bez uważności”, ukazujac obraz kogoś, kto idąc myśli o miłości, depcząc jednocześnie mrówki. Kiedy się jest uważnym, wtedy idąc, idzie się po prostu, patrząc pod nogi, by starać się nie skrzywdzić żadnego żywego stworzenia, na ile tylko jest to możliwe.

To wszystko stara buddyjska śpiewka, ale Kaisen opowiadał o tym z taką spontanicznością, tak autentycznie i prosto od siebie, że słuchało się tego jak czegoś całkiem nowego.

I już głupio było pytać go o te papierosy.

Jutro kolacja w ośrodku. Zapytam go, z jakimi wyrzeczeniami wiąże się bycie mnichem w jego szkole. Bo jeśli jakimś cudem można to pogodzić z tworzeniem rodziny z Karolinką…

Wraca do mnie spokój.
Wraca do mnie spokój.
Pracy ni ma, ze studiami nie wiadomo, z kasą tak sobie…
ale wraca do mnie spokój. Odkąd znów medytuję.

A propos powyższego…