Byliśmy dziś z Karolinką w kinie na filmie o „Tybetańskiej Księdze Umarłych”. Przybyliśmy późno, a ludzi było sporo. Wszystkie miejsca w fotelach i pod ścianami były zajęte, natomiast przed pierwszym rzędem jacyś młodzi ludzie urządzili sobie miejsca leżące i półleżące. Dołączyliśmy do nich. Niewielka sala kinowa, pełno ludzi siedzących, kucających, stojących i leżących, blask ekranu, opowieść o tybetańskich rytuałach i buddyjskiej kosmologii, Leonard Cohen w roli lektora – klimat iście beatnikowski!

Mało kto wie o tym, że Cohen jest lektorem w tym filmie. Ja nie wiedziałem. Ogarnęło mnie trudne do opisania przyjemne uczucie, gdy usłyszałem jego głęboki, niesamowity głos. Była to być może osłabiona wersja wrażenia, jakie miałby miłośnik muzyki Cohena praktykujący zen, który trafił na odosobnienie akurat do tego klasztoru, z którym związany jest artysta. I oto ów miłośnik siedzi w dojo gotów do medytacji, a w drzwiach zjawia się jego idol w mnisich szatach, po czym okazuje się, że będzie prowadził medytację.

Ja również poczułem się nagle tak, jakbym w pewnym sensie był z Cohenem w jednej paczce. Oto pojawił się nie jako muzyk, którego twórczość od ósmego roku życia podziwiam, lecz jako kapłan, by wziąć udział w przekazaniu Dharmy dla naszego wąskiego grona praktykujących.

Co do kosmologii – zauważyłem, że cały ten system światów i sfer (dewowie, asurowie, ludzie, zwierzęta, pretowie i demony), wędrówka świadomości, brak początku i końca, cała buddyjska koncepcja wszechświata wydaje mi się dziś znacznie bardziej naturalna i „trzymająca się kupy” niż chrześcijańskie niebo, piekło, ziemia, prapoczątek, chaos i Słowo. Jeszcze trzy lata temu patrzyłem na ten cały wschodni majdan jak na radosną twórczość wariata, a w wizjach biblijnych nie widziałem nic dziwnego.

Kto ma więc rację? Która wizja jest prawdziwa? Logicznie wywnioskować się tego nie da w żaden sposób – nie możemy przeanalizować racjonalnie czegoś, co jest poza nami. Intuicja okazuje się z kolei zwodna, skoro wskazuje mi na tę koncepcję, z którą po prostu częściej obcuję. Wgląd mistyczny zatem? Ten jest ponoć z kolei w dużej mierze uwarunkowany kulturą i wierzeniami.

Rację chyba mają może nie tyle buddyści, ile Budda, gdy mówił o tym, że takie spekulacje do niczego nie prowadzą i że szkoda na nie drogocennego czasu.

A propos powyższego…