Nie ma to jak znów to samo. Stanie przy szosie, mgła unosząca się nad górami, widok uciekających w tył chmur przez szyberdach pędzącego autostradą samochodu, horyzonty, horyzonty, przestrzeń…

Z Limanowej zabrał na kilka kilometrów jowialny pan z brzuszkiem, brodą i wesołymi ciemnymi oczyma. Był plastykiem, który, uciekając od wielkiego Krakowa, umościł sobie gniazdko w małym Tymbarku, którego rynek „przykryć można dłonią”.

Potem złapaliśmy auto prosto do Wrocławia. Po drodze próbowałem przetłumaczyć „Down the Highway” Dylana, ale po skleceniu pierwszej zwrotki przypomniałem sobie, że nie znam dalej tekstu. Nie chciałem jednak tego tak zostawić i w końcu powstał utwór o rowerzyście, któremu spadł łańcuch i który po założeniu go nie miał w co wytrzeć rąk, bo skończyły mu się chusteczki, a na dodatek dostał kataru.

Dopracowawszy piosenkę tak, że zrobiła się aż gęsta od bezsensu, zacząłem się zastanawiać dlaczego takie durne teksty przychodzą mi do głowy właśnie przed Giełdą Piosenki w Szklarskiej Porębie.

We Wrocławiu pograłem trochę na ulicy. Moimi najwierniejszymi słuchaczami były dzieci. Jedna sześcioletnia dziewczynka przyhodziła do mnie ze trzy razy, żeby mi powiedzieć, że bardzo jej się podoba, że siedzi i słucha i że też kiedyś będzie tak grać. Potem chłopczyk w podobnym wieku poprosił sam o „Sielankę o domu” i śpiewał nawet ze mną wraz ze swoimi rodzicami.

Czasem ktoś inny przysiadał na chwilę na jednej z ustawionych wzdłuż ulicy kamiennych kul lub na parapecie sklepu H&M. Zawsze kiedy uda mi się ściągnąć na chwilę czyjąś uwagę, mam ochotę powedzieć mu, żeby został jeszcze chwilę, bo następna piosenka będzie równie ważna i nie może jej nie usłyszeć. Ale ludzie przychodzą i odchodzą, zupełnie jak w życiu.

A grałem piosenki Bez Jacka, późnego Starego Dobrego Małżeństwa, trochę Bukowiny i mniej popularnych standardów w rodzaju „Bukoliki” czy „Tęsknicy”. Po trzech godzinach grania, licząc wraz z przerwą na knyszę z serem, którą przynieśli mi towarzysze, wysiadła mi kondycja. Już nie te lata, czy co?

A dzisiaj jedziemy wszyscy razem – ja, Karolinka, Justyna i Ciq – na Giełdę Piosenki, gdzie znów spotkam dawno niewidzianych znajomych, w tym Karola Płudowskiego, który nauczył mnie wielu naprawdę pięknych i ważnych utworów.

Czuję się znowu Grajkiem. Grajkiem-Włóczykijem. Przynajmniej na kilka dni.

A propos powyższego…