Podział na przedmiot i podmiot jest sztuczny. Kiedy piszę, nie ma osobności pomiędzy mną a tekstem. Kiedy piorę, nie ma osobności pomiędzy mną a praniem. Kiedy zakładam struny, nie ma osobności pomiędzy mną a gitarą. Źle założone struny wiążą się z przykrymi doznaniami u mnie. Choroba mojego umysłu oznacza źle założone struny.
Przywołuję te truizmy, które każdy interesujący się filozofią Wschodu czytał nie raz, dlatego, że dziś przestały być dla mnie truizmami. Po dwóch jałowych dniach spędzonych przy grach komputerowych, rachunkach i kombinowaniu w sprawach zawodowych, wziąłem znów do rąk „Zen i sztukę obsługi motocykla”. Przeczytałem tam:
Malowanie obrazu czy naprawa motocykla nie jest czymś odrębnym od reszty twojego istnienia. (…) W rzeczywistości nie pracujesz nigdy nad motocyklem, lecz nad samym sobą. Maszyna, która wydaje się być na zewnątrz ciebie i osoba, która wydaje się być wewnątrz ciebie, nie są odrębnymi bytami. Wspólnie oddalają się od Jakości lub się do niej zbliżają.”
Słowa podobne do wielu innych, czytanych przeze mnie na ten temat. Ale właśnie teraz, nie wiadomo dlaczego, nagle golfowa piłeczka wpadła do odpowiedniego dołka w moim umyśle i POCZUŁEM to. Zasypiając, w tak niesamowity sposób odbierałem skrzypienie łóżka, zintegrowane z moim przewracaniem się z boku na bok i w ogóle – noc, niebo, ziemię i wszystko wokół, również to, o czym wzmiankowałem w poprzednim wpisie, że straciłem całe poczucie wyobcowania. Niesamowita siła i poczucie bezpieczeństwa sprawiły, że zasnąłem szybko i spokojnie, jak za starych, dobrych, studenckich czasów. Co z tego, że wiele rzeczy poszło i nadal idzie źle. One są we mnie, ja jestem nimi, a zatem nie są dla mnie niedosiężne, nie mogą mnie przerastać. To jest najważniejsze. Opisuję to teraz za pomocą słów, ale to wszystko nie działo się w myślach. To było poza myślami, słowami i jakimikolwiek poglądami. Dlatego piszę, że to poczułem, a nie że zrozumiałem.
Niestety gdy się obudziłem, wszystko chyba wróciło do starego stanu, choć i tak czułem się zdecydowanie lepiej. Potrafię to czuć – to najważniejsze. Choć jak zwykle mój analityczny umysł podstawia w miejsce tej niesamowitej bezpośredniości własne konstrukcje. Trzeba wciąż uważać, żeby intelektualny model rzeczywistości nie zastąpił samej rzeczywistości. Takie chwile, jak ta, o której piszę, dają mi wiarę w to, że pod skorupą codziennego odbioru rzeczywistości płynie prawdziwa, bezpośrednio doświadczalna egzystencja. I że – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, mieści się w niej, JEST nią również ta skorupa i cała moja głupota.