Nastał czas przygotowania na powrót Karolinki. Taki Adwent. Takie święto radosnego oczekiwania. Trzeba posprzątać ten bajzel na moim poddaszu, kupić jakieś lustro, żeby się dziewczyna miała przed czym wystroić, pochować kilka gratów w pudła lub zrobić jeszcze jeden regalik, żeby miała gdzie położyć swoje rzeczy… Nareszcie mam energię do codziennych czynności.

Ale też trochę boję się, czy wrócimy na dawne tory bez większych wstrząsów. Przez ostatnie cztery miesiące żyłem zupełnie po swojemu, a to coś troszkę innego niż bycie z kimś pod jednym dachem. Do niektórych rzeczy przyzwyczaiłem się zapewne tak, że zaskoczeniem dla mnie będzie fakt, ze zmienią się one po jej powrocie. To może nie być łatwe. Ale mam nadzieję, że wszelkie problemy z tym bardzo szybko się ulotnią. Tym bardziej, że rozważając to dziś na chłodno, nie mogę brać pod uwagi niesamowitego stanu ducha, w którym będziemy się pławić po spotkaniu. Tyle tęsknoty narosło w nas do tej pory. Teraz ona zniknie i to zniknięcie powinno dać nam siłę do przezwyciężenia wszelkich adaptacyjnych zmartwień.

Przecież jedyną ważną rzeczą w tym wszystkim jest miłość.

A propos powyższego…