Leżę sobie na łóżku, które kilka dni temu, korzystając z braku kaloryfera i innych przeszkód, przystawiłem do okna tak, że parapet jest na wysokości poduszki. Próbowałem zasnąć, ale nie mogę. Słońce powoli zachodzi, choć jeszcze rozgrzewa do gorąca skraj tapczanu i firankę. Odbija się w dalekich oknach osiedla na południowym wschodzie miasta. Monotonny świergot ptaków, szum szos, a tuż obok tykanie zegara.

Mógłbym zanurzyć się bez reszty w każdym szczególe tego popołudnia. Ot, chociażby ten rozgrzany skrawek tapczanu – przypomina mi wakacyjne leniwe dni w innym miasteczku, dawno temu, w innej epoce. W miasteczku, w którym się urodziłem, w którym mieszkała większość mojej rodziny, a w którym została już tylko babcia z dziadkiem.

Czasem chce mi się płakać za przeszłością, z których najpiękniejsze fotografie wywołuje właśnie teraz słońce na chropawej fakturze tapczanu. Chce mi się płakać, że to już tylko przypadkowy, martwy, ulotny i ledwie widoczny strzęp tamtego świata, przywiany dziś niechcący przez wiatr do mojej klitki na poddaszu.

Czasami każde miasteczko jest dla mnie pomnikiem, niedokładną podobizną tamtych dni, które nigdy już nie wrócą. Dni, w których poznawałem piękno i nie wiedząc nawet o tym, syciłem się po brzegi poezją, która dopiero potem znajdywała ujście w wierszach i piosenkach.

Ja wiem – każda chwila jest nowym, wspaniałym światem. Wiem, że żyć trzeba tu i teraz, wiem, że nie wolno się roztkliwiać, bo będzie jeszcze gorzej.

Ale pozwól mi, o Wielki Nauczycielu, mnie – małej, słabej istocie, pozwól mi dziś, jeden, jedyny raz zapłakać nad mlekiem, które dawno temu miało się rozlać, rozlało się i ślad po nim zaginął…

A propos powyższego…