I znowu ten moment. Cała jaskrawość. Przysypianie w pekaesie. Błyski słońca prześwitującego przez przydrożne drzewa w oczach. Skrzypienie osi. Szum silnika. W tym cały wszechświat, cały wszechświat w tym. Żadnego poza. Żadnego tu, żadnego tam. Jechanie. Szum silnika. Skrzypienie osi. Żadnego myślenia. Żadnego potem, żadnego przedtem. Błyski słońca.

I jak zwykle – kiedy tylko pomyślałem, że to znów ten moment, znowu to, kiedy tylko zapragnąłem bezwiednie, automatycznie, zatrzymać chwilę, przedłużyć… prysło. Zniknęło. Było już tylko skrzypienie osi, widziałem te osie oczami wyobraźni, ilekroć o nich pomyślałem, ilekroć je nazwałem. Błyski słońca rażące w oczy, słońce tam, ja tu. Wiosna. Jakiś ptak, kremowo-czarny, z czubkiem, sójka czy czajka – nie wiem. Bartek z Chełma by wiedział, on się trochę zna na przyrodzie.

Droga z przystanku do chatki. Inne ptaszątko wykonujące wygibasy w powietrzu, fruwające tam i z powrotem, szczebiocząc jak najęte. Widziałem je tutaj drugi raz i znów parsknąłem śmiechem. Żywy dowód na to, że nie wszystko, co istnieje, musi być zaraz do czegoś przydatne. Bo do czego, po co takie maleństwo komu? Co to może? Co to umie?

A kiedy zobaczyłem dwie dzikie gęsi lecące na wprost mnie, machające wielkimi skrzydłami w pełnym zespoleniu, w równej odległości od siebie – przystanąłem i patrzyłem jak wryty. Odleciały, pokrzykując rytmicznie, w stronę zachodzącego słońca, wyrywając boleśnie jakąś część mnie i zabierając ze sobą. Kolejny z wielkich znaków, od których aż roi się wczesną wiosną, a z których każdy jest ponad siły mojego pojmowania.

A propos powyższego…