Przeżywam uniesienie. Rozgrzebałem żar w piecyku, wlazłem pod śpiwór i zaraz zasnę, słuchając świergotania lodówki, trzasku dopalającego się ognia i szumu nocnego miasteczka.

Mimo, że jeszcze tu trochę śmierdzi i jeszcze tu bardzo brudno, zaczynam powoli oswajać to mieszkanko. Pomalowałem ścianę, przykrywając pleniącego się grzyba warstwą czegoś, co nazywa się szkło wodne, przy okazji kaligrafując pędzlem malarskim chiński znak dao (ten, od którego pochodzi termin taoizm). Umeblowałem nieco przestrzeń, wcześniej tata przywiózł sporo rzeczy i podłączył wannę. Muszę jeszcze zainstalować ogrzewacz wody i nowy zamek, bo okolica jest złodziejska.

Mansarda ma ze 24 metry kwadratowe i stanowi jedno pomieszczenie, w którym ustawiono ścianę z podwójnej sklejki, kilku cegieł i gipsu, by odgrodzić sedes i brodzik. Kiedy tu pierwszy raz przybyłem, zastałem wyłącznie rzeczony sedes, podmurówkę pod brodzik, rurę z wodą, blaszany piecyk typu koza, dwa fotele, smród zbutwiałej podłogi, spleśniałych rur i brudnego kibla oraz mnóstwo Poezji, która drzemała po kątach i sączyła się przez okienko wraz z promieniami zachodzącego Słońca.

Jest noc. Na suficie migoczą świetlne esy-floresy, rzucane z pieca przez fajerkę. Palone drewno pachnie, żywy ogień roztacza ciepło, a za oknem rozpościera się nocna przestrzeń.

A propos powyższego…