Przygotowanie w miarę gorącej kąpieli w wannie bez kranu, w mieszkanku pozbawionym na razie ciepłej wody, zajmuje tylko dwie godziny. Potrzeba do tego wiadra, dwóch dużych grzałek, czajnika elektrycznego i całej masy energii elektrycznej.

W przerwach pomiędzy wlewaniem nowych porcji wrzątku do wanny, dopracowywałem nową piosenkę. W tym mieszkaniu zupełnie inaczej robi się takie rzeczy niż gdzie indziej.

Woła mnie Słońce dalekim krzykiem wron:
– Wracaj do domu! – Nie wiem gdzie jest mój dom…

wieczorny widok na Bazylany

Dwa dni wcześniej siedząc z Bartkiem na cmentarzyku na Bazylanach w rodzinnym miasteczku zdałem sobie sprawę z pewnej ważnej rzeczy. Mianowicie z tego, że moim celem, moim dao, moim przeznaczeniem nie jest bycie grafikiem lub naukowcem, nie jest osiągnięcie nirwany. Moje przeznaczenie jest tam. Wśród tamtych drzew. Na tamtej ziemi. Pod tamtym niebem. Kiedy tam jestem – wtedy jestem u celu i u źródła. Ten skrawek nieurodzajnego gruntu, te, a nie inne drzewa – to moja Shambala. I jeśli nie będę umiał przywołać jej zawsze i wszędzie, kiedyś tam wrócę. I tak tam wrócę. Razem z najbliższym mi człowiekiem. Tam urządzę nam dom. Z oknem na te nagie przez większą część roku, koślawe konary, na podmokłe łąki, na las i pobliski cmentarz. Może nie zabudują tej okolicy tak szybko.

Za rok, za pięć, za dziesięć, za trzydzieści – nie wiem kiedy. I nie muszę specjalnie się starać. Wystarczy, że się poddam. Prąd życia mnie tam zawiedzie. Wiem to.

*

Ale miało być o wannie.

Pięknym, euforycznym przeżyciem było dla mnie zanurzenie się w wannie przywiezionej przez tatę z Chełma. W wannie, która była integralną częścią naszej łazienki w ciągu całej 20-letniej historii lokalu przy ul. Wolności. W wannie, w której, jak byłem mały, tata usiłował nauczyć mnie unosić się na wodzie. W wannie, gdzie bawiąc się plastikowymi zwierzątkami i ludzikami, wymyśliłem pewnego wieczoru swoją pierwszą w życiu domykającą się fabułę. W wannie, w której znalazłem kiedyś długi blond włos swojej licealnej miłości i z której od razu wtedy wyskoczyłem, by do niej zadzwonić, choć rozstaliśmy się dzień wcześniej. W wannie, w której przeczytałem pierwsze opowiadanie Stachury. W wannie, w której zanurzałem się z lubością po powrotach z Krakowa w okresie, gdy byłem tam skazany na korzystanie z tak prozaicznego i pozbawionego duszy, choć niewątpliwie oszczędnego i ekonomicznego narzędzia jak prysznic.

Właśnie dlatego, by już dziś przeżyć tę mistyczną chwilę zanurzenia się w Wannie Pełnej Wspomnień, nie czekałem z kąpielą do jutrzejszego wieczoru w domku na wsi. Ta Wanna będzie budzić we mnie sentyment jeszcze przez pół roku. Potem zostanie na poddaszu i będzie służyć kolejnym lokatorom. Choć gdybym stał się do tej pory ekscentrycznym milionerem (innym bym na pewno nie potrafił być), zabrałbym Wannę ze sobą, na miejscu pozostawiając najdroższy zestaw prysznicowy jaki bym znalazł w Radomsku.

Tymczasem mogę tylko zadeklarować, że jedną z pierwszych rzeczy jaką wstawię do swego przyszłego domku na Bazylanach, będzie piękna dwuosobowa wanna. Stanie się tak nawet w sytuacji, gdy będą musiały poczekać łóżko, szafa lub stół i krzesła. I nawet, gdyby pozostałe sprzęty musiały być z tych najtańszych, wanna musi być i obrastać powoli w myśli, wrażenia i emocje.

A propos powyższego…