Kiedy się dziś obudziłem, zastałem siebie nucącego słowa jednej z Bartkowych piosenek:
A obok bocznych torów miotełki żółtych traw
Tuliły się do dłoni tych, co gonić chcieli czas

I przestraszyłem się nagle. Przestraszyłem się, że może zabraknąć w moim życiu zapachu wiatru, dróg za lasem i tego całego piękna. Że coś we mnie zgaśnie i nie będe miał na to wpływu. Bo jeśli będę miał, to nie pozwolę. Ale czy to kwestia wyboru? Może uważności? A może to jest poza ludzką kontrolą…

Wczoraj cały dzień siedziałem przy komputerze. Dziś skończę reklamę drukarni. Za oknem widzę pokryte śniegiem pola, drzewa przy drodze na Lgotę i słupy telefoniczne. Przy tej drodze panuje taka cisza, że słychać chrobotanie drutów, wiedzionych przez te słupy za horyzont. Brzmi to jak metaliczny, stłumiony odgłos tysięcy słów biegnących z szaloną prędkością od miasta do miasta, od kraju do kraju, od świata do świata, od kosmosu ludzkiej głowy do drugiego kosmosu.

Chciałbym zawsze potrafić to dostrzec, zawsze móc napisać Wam o tym, zawsze stanąć i się zapatrzyć. I jeżeli mogę, jeżeli potrafię, to nie porzucę tego. Wszystko inne – praca, wydajność, pieniądze, tzw. „życie” jest na drugim miejscu.

A propos powyższego…