Siedziałem na przystanku Opolska Kładka. Padał lekki śnieg, prawym pasem, oddzielonym od lewego antyhałasową ścianą, pędziły samochody, rozbryzgując śniegowo-błotną papkę. Panował hałas i smród. Oparłem nogi mocno na ziemi, złożyłem ręce w medytacyjnej postawie i siedziałem tak. Samochody nie przeszkadzały mi od momentu, w którym wyobraziłem sobie, że przewożą moje myśli. Przelatywały przed oczami tak, jak przelatują przez umysł niezatrzymywane na siłę, uwalnianie myśli. Ryk silników wlatywał jednym uchem, wylatywał drugim. Multisensoryczna obserwacja przemijania. Bardziej namacalna niż zazen w cichym pokoju. I skutki tej medytacji odczułem dużo wyraziściej.

Zanim przyjechał autobus, rozejrzałem się wokół. Łuna na niebie, rzadkie płatki śniegu ginące w asfalcie, porosła roślinnością ściana antyhałasowa i biało-rdzawa breja na chodniku – to wszystko, razem z moim tu przebywaniem, parą z ust wydało mi się w pewien sposób piękne… Wcześniej łapał mnie taki klimat przypadkiem, przeważnie w małym miasteczku lub podczas wędrówki – niesamowitość świata, poczucie, że naprawdę tu jestem i – jakby to wszystko było w mojej głowie, jakby to był jakiś odurzający sen… Nie wiem czy o to chodzi w zen, czy w ogóle w buddyjskiej medytacji, nie wiem, czy to zjednoczenie ze światem, lekko, nieznacznie tylko i na chwilę odemknięte trzecie oko, harmonia, cała jaskrawość… Dlatego prosze nie traktować tego co wyżej jako opisu wrażeń początkującego buddysty, lecz – po prostu – jako zupełnie subiektywne moje odczucie.

A propos powyższego…