Kiedy byłem młodszy i próbowałem praktykować medytację i buddyzm przez nieco ponad rok, pojechałem na czterotygodniowe odosobnienie (…). Czułem sie wtedy bardzo niepewnie i próbowałem to zrekompensować przez stworzenie swoistego „alter-ego”, które było po prostu maską. Owo „alter-ego” próbowało być odbierane jako ktoś niezwykle zorientowany w buddyzmie i starało się zaimponować innym moją inteligencją. Myślę, że chciałem wtedy, żeby ludzie byli pod moim wrażeniem i przez to lubili mnie. W rzeczywistości byłem, rzecz jasna, tylko zakałą grupy, która w arogancki sposób rzucała opinie na temat wszystkiego wokół, doszukiwała się błędów i krytykowała wszystkich, a przede wszystkim tych, którzy byli znacznie od niej mądrzejsi.

Zastanawiam się, czy ja też się aby nie wywyższam zanadto…

A propos powyższego…