Szedłem nocą w pole. Była gwiaździsta, bezksiężycowa noc. Zapomniane sny, uwolnione z getta dziennych hałasów, przemykały żwawo pomiędzy kłosami żyta. Pod lasem rozpościerającym się na prawo ode mnie czarną sylwetką duszki ze Schroniska Myśli wznieciły niewidzialną watrę. Stąd, skąd szedłem, wśród rozbłyskujących ścian handlowych pawilonów i licznych świateł stacji benzynowej, tam też niewyraźnie pisała się cieniem jakaś zjawa z czasoprzestrzennej dalekości.

Ale oto trzeba zawracać do samochodu.

Nie, poczekają na mnie. Przejdę się jeszcze trochę wzdłuż szosy.

Przez trawę obok stacji benzynowej przemykał kot. Co chwilę wystawiał trwożliwie czarny łeb ponad wyjaskrawoną w świetle latarni trawę. Mijałem gruby pień jakiegoś drzewa, gdy nagle dobiegło mnie szczekanie psa. Wzmagało się w mroku. Miałem nadzieję, że między mną a nim stoi jakieś ogrodzenie. Wszystkie duszki i zjawy snujące się po przestrzeni wsiąkły we mnie w popłochu. Byłem tylko ja i szczekanie psa. I złość, że zostałem zamknięty w klatce tego szczekania.

Jak cudowne mogłoby być nocne wędrowanie po wsiach, przedmieściach i polach, gdyby nie cholerne psy i spuszczanie psów na noc przez właścicieli dziurawych furtek. Lęk przed psami miałem już od dzieciństwa, kiedy skoczył na mnie jakiś zwierz, ponoć mały, ale ja wtedy też byłem mały. Doznałem szoku, miałem gorączkę przez długi czas, a strach przed psami został mi do dziś.

W końcu dojrzałem wielkiego brytana szczekającego za siatką ogradzającą jakąś posesję.

– Hauhauhauuu! – przedrzeźniała go siedząca przy rowie ludzka sylwetka.

W ten dialog psa z człowiekiem wdarło się nagle jakieś dziwne rzężenie. Brzmiało jak głos rozjuszonego kota. Pod drzewem koło stacji benzynowej krążył czarny pies. Wydawał z siebie groteskowo i przeraźliwie brzmiący odgłos. Obserwował wierzchołek, gdzie prawdopodobnie schronił się przebiegający tędy wcześniej kot. Pomyślałem żeby wziąć kija i odstraszyć psa, ale bałem się. Kto wie na co jest chory.

Człowiek koło rowu wciąż przedrzeźniał ujadającego brytana zza ogrodzenia. Było gęsto od jakiegoś dziwnego zła. Napięcia, które dusiło mnie. Musiałem odejść. Skierowałem się szybkim krokiem do stacjowego sklepiku.

– Aułałaułałau! – zaskowyczała nad rowem sylwetka ludzka. Od strony stojącego w półmroku samochodu rozległ się odgłos, jakby ktoś próbował zapalić zdezelowany silnik. Ale odgłos był nienaturalny, urywany i ostry. Powtórzyło się to dwa razy. To ów chory pies tam stał i próbował mnie obszczekać. Noc, która zaczęła się tak przestrzenie, stała się obca i wyjęta jakby z paranoicznego snu. Dopadłem sklepu. Tam wszystko umilkło. Nowy dom rozprzestrzenił się po białych, gładkich ścianach w szumie wentylatorów, wśród świetlówek i upstrzonych kolorowym towarem regałów.

A propos powyższego…