Działo się to w pewien pochmurny poniedziałek na magicznej ulicy Felicjanek. Szedłem ja sobie w kierunku Cafe Szafe, gdy spotkałem znajomą, pchającą dziecięcy wózeczek. Przed wielkimi, czerwonymi drzwiami Cafe stał drugi wózek, w którym spało sobie smacznie dziecię jednego z właścicieli Szafowego przybytku, który siedział sobie na schodkach. Rozmawiając sobie o sprawach wiecznie aktualnych, staliśmy zatem na rogu Felicjanek i Małej pod bladoszarym, ale wcale nie ponurym niebem. Nagle podeszło do nas dwóch miejscowych Królów Śródmieścia w popapranych smołą bluzach i znoszonych kurtkach. Jeden z nich, w nieokreślonego koloru spodniach i z niegdyś białą czapeczką z daszkiem opadającym na oczy, trzymał stalowo-drewniane koło.

Koło miało z pół metra średnicy, pierwotnie wspierało zapewne jakąś dorożkę. Było nieco brudne, choć przez to wydawało się bardziej w swej starożytności autentyczne. Może należało do jakiegoś rzymskiego rydwanu? Na ulicy Felicjanek wszystko jest możliwe.
– I co, jest ten pan, który chciał kupić to koło? – zapytał cichym, zniszczonym głosem Król.
– Nie ma go i chyba już nie będzie raczej – odpowiedział znajomy.
– Aha. A wy nie chcecie do lokalu jako ozdobę?
– Nie raczej.
Nagle coś dźgnęło kota, który spał sobie już od kilku dni w kącie mojej głowy.
– Ile pan chce za to koło? – zapytałem Króla.
– Za dwadzieścia złotych oddam.
– Ja teraz idę do bankomatu. Jak będę miał dwie dychy na koncie, to biorę. Niech pan zaczeka pięć minut.
– Jasne.
W bankomacie nie było nic, powiedziałem więc Królowi, że niestety z transakcji nici.
– Może pan pożyczyć od znajomych przecież w lokalu. Zna ich pan, rozmawiał pan z nimi, niech panu pożyczą.
Po krótkim namyśle pożyczyłem z Szafowej kasy dwadzieścia złotych. Koło było moje.
– Dziękuję – rzekłem, odbierając je z królewskich rąk.
– To ja dziękuję – uśmiechnął się Król. – Wie pan, tak chodziło nam o to, żeby na piwo jakieś mieć.
Uścisnął mi dłoń.
– Widział pan? Przegrywamy 1:0. Strzelili nam właśnie gola piętnaście minut temu – odezwał się odchodząc Król, spojrzawszy na mnie po raz pierwszy spod czapki.
– Może jeszcze odrobimy – rzekłem. Piłka może łączy Polaków, ale mnie raczej z nimi dzieli. Spieszyło mi się zobaczyć miny współlokatorów, kiedy zobaczą mnie z kołem. Spieszyło mi się znaleźć dla koła jakieś dobre miejsce w mojej hacjendzie.

Miny chłopaki mieli nietęgie.
– Za ile kupiłeś to koło?
– Za dychę – skłamałem, chcąc powiększyć swój tryumf w ich oczach.
– Kurde, przydałoby mi się takie koło – powiedział jeden z tych, z którymi dzieliłem cztery, a właściwie osiem kątów.
– Sprzedam ci za dwie dychy.
– Dobra.
– Albo wiesz, zastanowię się. Nie. Za 25 złotych jest twoje.
– Ee, nie. Dwie dychy dam, nie więcej.
– Umyję ci je gratis.
– A po co? Nie. Dwie dychy. I tak masz 100% zysku.
Gdybym powiedział prawdę o cenie zakupu koła, może bym utargował trzy dychy. Nic to, znowu mnie język wyprzedził – koloryzator niesforny. Mam nauczkę.

Koło nie było mi aż tak bardzo potrzebne. Ot, ubarwiło mi czas, wprawiło w pogodny nastrój, jakąś dziwną radość sprawiło i kot, którego mam w głowie, mój kot mentalny, nakarmiony został sowicie. Pozostał przedmiot. Ciekawy może jako element wystroju. Dlatego się wahałem.
– Sprawa jest otwarta. Jak się zdecyduję, to ci powiem.

– Co to za koło? – zapytał kolega, który właśnie w moje progi zawitał.
– A, kupiłem za dwie dychy od miejscowego konsumenta tanich win.
– Fajne jest.
– Mogę ci sprzedać. Ale za trzy dychy.
– Serio? Super! – ucieszył się. – Przyda mi się bardzo!
I tak koło przeszło znów z rąk do rąk. Sfinalizowaliśmy transakcję znów na rogu Małej i Felicjanek, tym razem w strugach deszczu. Kolega odszedł zadowolony, ja oddałem dwie dychy barmanowi w Cafe Szafe i z dychą zysku wróciłem. Nie popełniłem tego samego błędu drugi raz i wymieniłem prawdziwą cenie koła. Opłaciło się. Znów wesołe uczucie tryumfu opanowało mnie i kota. Mogłem serdecznie śmiać się w głos. Wróciłem do hacjendy.
– Sprzedałem koło już! – oznajmiłem od progu.
– Ta? Za ile?
– Za cztery dychy – skłamałem.
Czekam na konsekwencje.

A propos powyższego…